Kilka biografii sióstr


Wśród sióstr bardzo długo przechowywana jest pamięć o poprzedniczkach. To tworzy historię, ubogaca i ożywia wdzięczność. Oto kilka biografii sióstr z klasztoru krakowskiego.

s. Helena Janusz (1870-1954)

Siostra Helena Janusz była prawdziwą perłą w Zakonie serafickim św. Matki Klary. Z wielką czcią, miłością i szacunkiem odnosiła się do Reguły św. i zwyczajów zakonnych uświęconych wiekową tradycją. Jako zakonnica, Przełożona i Ksieni, z pietyzmem wiernie zachowywała wszystkie przepisy zakonne i siostry przykładem i słowem do tej wierności zachęcała. Względem siebie była surowa, względem sióstr była wymagająca, lecz z wyrozumiałością, dobrocią i miłością kochającej Matki. Dla wszystkich przystępna i gotowa do usług wszystkich sióstr. Zawsze poważna, skupiona, mało mówiąca o sobie – cała piękność jej duszy była wewnątrz.
Życie wewnętrzne w jej sercu było głęboko zakorzenione i pielęgnowane i podtrzymywane ciągłymi aktami wewnętrznymi i wzlotami do Boga. W rozmowie miało się przekonanie, ze chodziła nieustannie w obecności Bożej. Szczególną czcią i kultem religijnym otaczała Najświętsze Serce Pana Jezusa i Matkę Bożą. W chwilach wolnych od zajęć jej palce były splecione różańcem, idąc korytarzem przesuwały ziarenka, a usta szeptały Zdrowaśki wielbiąc Matkę Niebieską. Życie jej było miłe Panu Bogu i Matce Bożej, toteż św. Matka Klara po uprzednim zapowiedzeniu w oktawę swego święta i w Roku Maryjnym przyszła po swoją wierną i ukochaną Córkę zabierając ją do wieczności.
Najczcigodniejsza i Przedobra Matko, która tyle razy za życia z czułością matki nas błogosławiłaś i łaski z nieba nam wypraszałaś, teraz, gdy ciałem nas opuściłaś, duch Twój przebywa wśród nas – pokornie Cię prosimy, byś nadal wypraszała błogosławieństwo Boże dla naszego klasztoru, całego Zakonu franciszkańskiego, dla Ojczyzny i całej ludzkości.

s. Jadwiga Michałowska (1880-1971)

Życie jej i postać można określić najlepiej jako „Krzak gorejący”. Przeżyła w zakonie 69 lat w niestygnącej nigdy płomiennej gorliwości aż do ostatnich dni. Ani choroba, ani brak sił, ani wiek nie mogły złamać jej wierności Regule i obowiązkom zakonnym. Zawsze tam, gdzie wszyscy, zawsze tak, jak wszystkie – zawsze to, co wszystkie, aż do 90. roku życia. Dopiero ostatnie cztery miesiące, kiedy serce było już zupełnie zniszczone, pozostała w łóżku. Z najwyższym podziwem i zbudowaniem patrzyłyśmy przez tyle lat, że „Krzak płonie, a nie spala się”. Jej wkład w życie duchowe Zgromadzenia jest olbrzymi – nie była nigdy przełożoną – ale była Matką Duchowną w całym tego słowa znaczeniu, nie tyle przez swe nauki, których raczej nie udzielała, co przez swój, jakże wymowny, przykład życia zakonnego. Siostra Jadwiga Michałowska pochodziła ze sfery ziemiańskiej, z arystokratycznej rodziny Michałowskich. Urodzona 6 października 1880 roku w Prenach nad Niemnem, na Litwie. Miała czworo rodzeństwa: trzy siostry i jednego brata. Matka umarła młodo, zostawiając pięcioro [94] sierot. Jadzia miała wówczas 5 lat. Wychowaniem osierociałej gromadki zajęła się stryjenka z iście matczyną troskliwością i czułością. Jadzia kształciła się w domu, a potem na pensji prywatnej w Suwałkach. Gdy miała lat siedemnaście, p. Michałowski z rodziną opuścił zabór rosyjski, a przeniósł się do Galicji i zamieszkał we Lwowie. Dorastającą córkę umieścił w zakładzie naukowo wychowawczym p. Bielskiej, aby tam przygotowywała się do matury. Złożyła ją w roku 1899. W roku 1901 przybyła do Krakowa w charakterze nauczycielki naszej szkoły, do której uczęszczała jej młodsza siostra, Julia. Poznawszy nasz klasztor prosiła o przyjęcie do zakonu i została przyjętą.
Młoda, 21. letnia kandydatka, wykształcona, bardzo kulturalna, niezwykle piękna, ale fizycznie wątła i delikatna przyniosła swoją ofiarę z taką prostotą i pokorą, jakby nic nie dawała. Siostry wahały się, czy można przyjąć osobę tak wątłego zdrowia, ale wobec jej gorących próśb powiedziały: „Przyjmijmy ją choćby i na rok – będziemy miały świętą!”. Bóg wynagrodził i jej i Zgromadzeniu ten heroiczny akt ufności. Siostra Jadwiga służyła Bogu i Zgromadzeniu nie rok, ale 69 lat, pracując więcej niż inne. Obłóczyny odbyły się 29 czerwca 1902 roku z wielką okazałością. Siostra Jadwiga w białej sukni z trenem, wysmukła – z piękną, uduchowioną twarzą, wzbudzała ogólny podziw.
Pierwsze lata życia zakonnego były bardzo ciężkie. Jej ofiarna dusza rwała się do pomocy, do umartwień, do ofiar – tymczasem choroba płuc, która zaraz z początkiem zaatakowała jej wątły organizm, zmuszała do korzystania z dyspens – z wyjątków – z wyjazdów na świeże powietrze. Upokarzało ją to głęboko, sprzeciwiało się tak bardzo jej gorącej naturze, ale też wyrabiało cnoty najtrudniejsze: zaparcie się siebie, posłuszeństwo, pokorę. Te cnoty stały się podwaliną jej duchowości na całe życie. Gdy trochę się wzmocniła, powierzono jej urząd mistrzyni pensjonatu panien świeckich. Była to gromadka około 40 dziewczynek różnego wieku, którym trzeba było dać gruntowne chrześcijańskie wychowanie i otoczyć opieką ciało i duszę. Siostra Jadwiga, w której gorąca uczuciowość łączyła się z wysoką kulturą obcowania, dawała dziewczynkom więcej, niż mógł im dać dom rodzicielski. We dnie i w nocy była z dziećmi, gotowa do usług na każdą chwilę. Miała do pomocy godną siebie współpracowniczkę – s. Marię Glatzel, osobę wielkich walorów duchowych.
W roku 1926 została mistrzynią nowicjatu. Na ten urząd nadawała się najbardziej. Toteż pełniła go bez przerwy przez 12 lat. Nowicjuszkom swoim starała się przekazać własnego ducha gorliwości nie słowami, ale czynem. Wszystko, czego wymagała od nowicjuszek najpierw robiła sama – była wśród nich jak nowicjuszka, pierwsza do każdej pracy, posługi, a nade wszystko służby Bożej. Uczyła je też i kształciła systematycznie, wytrwale w zakresie wiedzy religijnej, języka łacińskiego, a zwłaszcza przygotowywała do godnego recytowania i śpiewania brewiarza. S. Jadwiga była bardzo muzykalna – pięknie grała na fortepianie i organach – więcej zdolniejsze nowicjuszki pilnie kształciła w muzyce i śpiewie liturgicznym, poświęcając im wiele godzin żmudnej pracy.
Miała też tę rzadką zaletę, że nie zniechęcała się nigdy. Ani brak zapału, ani brak ochoty, ani brak pilności u uczennicy nie potrafił jej zniechęcić. Uważała za rzecz niegodną zakonnicy cofać się przed trudnościami. Swym głębokim życiem wewnętrznym i siłą charakteru wywierała bardzo wielki wpływ na swe nowicjuszki i wiele z nich nawet po opuszczeniu nowicjatu uważało ją za swoją Matkę Duchowną. W 1938 roku opuściła nowicjat, gdyż posłuszeństwo wyznaczyło jej trudny i delikatny urząd zastępowania chorej, zniedołężniałej zakrystianki, której trzeba było pomóc tak, aby nie dać jej poznać, że już zakrystianką być nie może.
Trwało to niespełna rok, gdyż siostra Jadwiga zachorowała ciężko na serce. Wybuch wojny zastał ją w bardzo ciężkim stanie, tak, że nie można jej było nawet wnieść do schronu. Chorowała bardzo długo, a ciężkie warunki materialne, w jakich znalazł się klasztor, nie dawały możności dostarczenia jej tego, czego wymagała jej choroba. Gdy cokolwiek dźwignęła się z choroby zaraz poczęła szukać sposobów, by mimo swej słabości być klasztorowi użyteczną – do pracy fizycznej nie miała sił – oddała się więc pracy umysłowej. Znając dobrze język łaciński zabrała się do tłumaczenia lekcji brewiarzowych, aby siostrom słabszym w łacinie otworzyć skarbiec słowa Bożego zawartego w brewiarzu. Dokonała tego w całości, bo każdą rzecz raz podjętą starała się wytrwale doprowadzić do końca. To jej tłumaczenia były czytane w refektarzu i służyły jako pomoc naukowa w nowicjacie. Udzielała też lekcji muzyki uczennicom naszej szkoły, a także zakonnicom innych Zgromadzeń, które ogromnie ceniły i kochały Matkę Jadwigę.
Wielokrotnie była obierana na urząd wikarii, który pełniła z wielką pokorą i prawdziwie służebną postawą. Pomimo już poważnego wieku i słabego zdrowia bardzo często wstawała na jutrznię, i sama siostry budziła, biegając na profesat i wchodząc po wielu schodach na nowicjat. Inne siostry, gdy budziły na jutrznię, dzwoniły u dołu na nowicjat, Matka Jadwiga szła zawsze na górę, aby mieć pewność, że nowicjuszki się obudziły. W ogóle każdy obowiązek, jaki miała powierzony, starała się wykonać jak najdoskonalej. Nie miała żadnych ambicji, nie pragnęła żadnych urzędów. Gdy w roku 1958 obrano wikarią bardzo młodą siostrę, natomiast Matkę Jadwigę przeznaczono do pilnowania bramy wjazdowej, wiele sióstr było tym wstrząśniętych i oburzonych. Ale M. Jadwiga przyjęła to z wielką prostotą i pogodą ducha. I gdy przy ogłaszaniu zajęć chciano to wstydliwie przemilczeć, Matka sama upomniała się, by wymieniono jej obecny obowiązek. Pełniła też ten obowiązek gorliwie przez całe trzy lata, pracując przy tym nad korektą książek tłumaczonych lub przepisywanych przez inne siostry.
Po siedemdziesiątce, gdy z powodu osłabionego wzroku nie mogła już wiele czytać i pisać, szła do kuchni obierać jarzynę. I cieszyła się tym bardzo, że jeszcze może służyć swemu Zgromadzeniu. Był to widok głęboko wzruszający, gdy ta osoba wykształcona, utalentowana, mająca ogromny autorytet moralny w klasztorze i poza klasztorem, słuchała ochoczo zarządzeń siostry kucharki, będącej niegdyś jej nowicjuszką. Gdy coraz bardziej postępujące osłabienie zmuszało ją do położenia się do łóżka – i wtedy nie spoczywała; łatała i cerowała bieliznę i pończochy nie tylko własne, ale i innych sióstr. Nadzwyczajnie kochała i praktykowała ubóstwo. Nie miała żadnych wymagań. Wszystko było dla niej za dobre, za piękne; lękała się jakichkolwiek wydatków na swoje potrzeby. Natomiast bardzo lubiła dać, podzielić się tym, co otrzymała od kogoś w podarunku.
Jej pokora, jej posłuszeństwo, jej cześć dla przełożonych zawstydzały nieraz nas, młodsze zakonnice. Bardzo surowo kontrolowała i osądzała swoje postępowanie, przyznawała się do winy, przepraszała nie tylko przełożoną, ale każdą siostrę, którą mogła czymś urazić. A przecież były to przeważnie już siostry młodsze od niej, nierzadko wychowanki, nowicjuszki. Pomimo swego podeszłego wieku, nie miała nic z zastygłego konserwatyzmu, uznania za dobre tylko tego, co było dawniej. Matka Jadwiga była zawsze duchem młoda. Zawsze rozumiejąca i zaangażowana w chwilę obecną. Zawsze idąca naprzód, jak mówi św. Paweł: „tego, co za nami, zapominając, a wyciągając się do tego, co przed nami”. Była nam „pochodnią gorejącą i świecącą” za życia i tym nam zostanie wspomnienie o niej.

s. Maria Glatzel (1886-1955)

Znałam siostrę Marię Glatzel jeszcze jako uczennicę naszej szkoły. Była cicha, poważna, małomówna. I taka pozostała potem przez całe życie zakonne. Miała prawdziwe, wielkie powołanie i doskonale rozumiała, na czym polega jego istota. Toteż z największą ofiarnością i z zupełnym zaparciem się własnej woli służyła Bogu w klasztorze.
Jej ofiarność poznałam bliżej, gdyśmy razem pracowały w pensjonacie po pierwszej wojnie światowej. Byłam mistrzynią pensjonarek, a siostra Maria moją socjuszką. Nie tylko pomagała dziewczynkom w nauce, ale pielęgnowała chore, czuwała nad ich porządkiem i czystością, pomagała przy czesaniu i myciu. Nie liczyła się ani ze swymi siłami, ani z osobistą wygodą. Gdy zachorowałam, ofiarowała się zastąpić mnie w szkole. Robiła wszystko sprawnie, szybko, a przy tym bardzo dokładnie.
Zawsze skupiona – żyła życiem wewnętrznym. Obserwowałam nieraz, z jaką pobożnością modliła się przed Najświętszym Sakramentem, i tam dopiero, przed tym Więźniem Miłości otwierała swą duszę w cichej, tajemnej rozmowie. Podziwiałam jej siłę woli, z jaką panowała nad swymi uczuciami i zmysłami. W powodzeniu i w przeciwnościach, w zdrowiu i w chorobie, w poniżeniu i wywyższeniu była zawsze równa. Gdy została mistrzynią pensjonatu, zmalała liczba pensjonarek. Przyjęła to spokojnie, bo Bóg tak chciał. Zachorowała bardzo ciężko, prawie śmiertelnie – lecz znosiła swe cierpienia bez skargi. Wybrana na urząd ksieni cieszyła się wielką powagą, której źródłem była jej osobista świętość i doskonałość, ale nie brakło także i upokorzeń przykrych dla miłości własnej.
Między innymi cnotami trzeba podkreślić u siostry Marii nadzwyczajną pracowitość, punktualność i sumienność w wypełnianiu obowiązków zakonnych. Pierwsza na dzwonek do chóru, pierwsza na rekreację, czy jaką wspólną pracę. Rozmiłowana w liturgii i śpiewie gregoriańskim przygotowywała się do chóru z pedantyczną dokładnością. Wszystko miała założone, pięknie przepisane i wyćwiczone. Przepisywała także nuty tym siostrom, które z braku czasu lub innego powodu nie mogły tego zrobić. W ogóle nie omijała żadnej okazji, żeby się innym przysłużyć.
Przy bardzo wątłym zdrowiu wstawała kilka razy na tydzień na jutrznie. Przez pewien czas jako ksieni chodziła do jednej starszej niedołężnej siostry pomagać myć się i rozbierać przed spaniem. Wszystkie swoje dobre uczynki spełniała tak, żeby nie widziała lewica, co czyni prawica. Nigdy nie szukała siebie i ludzkiej chwały. Jako ksieni kierowała klasztorem w czasie wojny hitlerowskiej, a potem jeszcze w czasach powojennych. W klasztorze była wielka bieda, bo to, co się zarobkowało, nie wystarczało na wszystkie potrzeby.
Siostra Maria wykuwała swą świętość nie tylko cichym znoszeniem cierpień, ale każdym aktem, każdą czynnością – bo wszystkie wypływały z pobudek nadprzyrodzonych, tj. z wiary i miłości. Gdyby było inaczej, trudno byłoby wytłumaczyć jej stały pokój ducha wśród ciężkich doświadczeń jej życiu zakonnym. Wnętrze jej serca pełne Jezusa, zamknięte było dla wstrząsów i burz płynących z ziemskich pobudek. Jej twarz aż do śmierci zawsze świeża i młoda promieniowała niezwykłą radością. Każdy ruch, każde słowo siostry Marii zdawały się mówić: Jestem cała Chrystusowa.
Wiele, bardzo wiele można pisać o życiu i działalności siostry Marii Glatzel; inni to uczynią. W mojej pamięci pozostanie siostra Maria jako wzór zakonnicy o wysokim wyrobieniu duchowym, obumarłej światu i względom ludzkim, oddanej całą duszą, całą swoją istotą służbie Bożej.

s. Emilia Lucht (1902-1988)

„Oddać siebie Bogu – darować Boga bliźnim” – zapisała siostra Emilia Lucht, klaryska, 19 kwietnia 1959, potwierdzając tym króciutkim aktem strzelistym swoje życiowe Credo. Swoim pracowitym, w wielkim trudzie i cierpieniu, a równocześnie z franciszkańską pokorą i radością spełnianym zakonnym powołaniu, pozostawiła piękny obraz klaryski, całym sercem rozmiłowanej w Bogu poprzez służbę bliźnim. Samemu Stwórcy swojemu i Wspólnocie, w której przeżyła przeszło 60 lat, ofiarowała swoje talenty, swój intelekt i dobroć serca.
Na świat przyszła jeszcze w okresie niewoli narodowej, 1902 roku w zaborze rosyjskim, w rodzinie robotniczej, z wielkim szacunkiem i miłością kultywującej tradycje religijne i polskie. Swą młodość związała z Kaliszem, a życie zakonne z krakowskim konwentem sióstr klarysek. Pomimo delikatnego zdrowia, potrafiła siostra Emilia konsekwentnie i z uporem, wśród wyrzeczeń i umartwień cielesnych i duchowych, dążyć do doskonałości zakonnej. Jej życie obfitowało w wiele niezwykłych wydarzeń, będących wypadkową darów, które Opatrzność Boża zamknęła w jej – jak się pod koniec życia wyraziła – „skarbonce glinianej”, złożonej z przymiotów jej umysłu i ducha, które za życia i po jej śmierci pozostają wielką skarbnicą duchowości franciszkańsko – klariańskiej. Modlitwę stawiała zawsze w centrum życia kontemplacyjnego we Wspólnocie i w osobistym kontakcie z Bogiem. „Trzeba iść w świat z modlitwą i miłością – pisała w swych zapiskach duchowych pod datą 11 lipca 1953 – O Panie weź mnie z sobą na żniwo; trzymając się mocno Twojej ręki chcę iść z Tobą razem zbawiać dusze”.
Wielką i wytrwałą modlitwą podtrzymywała ustawiczny kontakt z Bogiem, starając się równocześnie ogarnąć w niej i przedstawić Bogu potrzeby Kościoła i bliźnich. Całe życie uczyła – jak mawiała – „Bożej gramatyki”, w której pierwszym przypadkiem był ON – BÓG; drugim TY – BLIŹNI, a dopiero na trzecim miejscu JA. Nauczycielką była z powołania. Uzdolnienia w tym kierunku zdradzała od wczesnej młodości. W czasie I wojny światowej jako młodziutka, 13. letnia dziewczyna, dla poratowania budżetu rodzinnego, przy pomocy matki i starszego brata przez dwa lata uczyła w wiejskiej szkółce pod Kaliszem, by następnie raz jeszcze, już w wieku dojrzałym, podjąć pracę katechetki w dwu szkołach kaliskich. Dobrze czuła się wśród dzieci i młodzieży. Sama młoda, rozumiała ich potrzeby i pragnienia. W wieku 19 lat zdecydowała się wyjść naprzeciw innemu powołaniu, powołaniu do życia zakonnego. Ta droga stała się potrzebą jej serca i racją opromieniającą odtąd wszystkie jej dążenia i działania.
Pierwsza próba wstąpienia do wspólnoty klariańskiej w Krakowie bezpośrednio po zdaniu egzaminu dojrzałości w 1921 roku, nie uwieńczyła jej pragnień pozostania w klasztorze o ścisłej klauzurze. Zaczęła studia humanistyczne na Uniwersytecie A. Mickiewicza w Poznaniu, by po niemal czterech latach ponowić starania związane z przyjęciem do krakowskiego nowicjatu. Od momentu wstąpienia do klasztoru przy kościele św. Andrzeja Ap., zaczęła łączyć obowiązki wynikające z przyjęcia reguł życia zakonnego z pracą pedagogiczną. W przyklasztornej szkole Sióstr Klarysek uczyła języka polskiego i języka francuskiego przez 27 lat, tj. do momentu zamknięcia szkoły przez władze państwowe w 1951 r. W samym klasztorze wykładała siostrom język francuski, włoski i łacinę. Dokonywała także licznych tłumaczeń na język polski, a jej piękna, klasyczna łacina pozwalała siostrze Emilii prowadzić rozległą korespondencję z władzami zakonnymi w Rzymie i wieloma dobrodziejami klasztoru w kraju i za granicą. Nic więc dziwnego, że powierzano jej odpowiedzialne funkcje we Wspólnocie. Była mistrzynią nowicjatu (1949-58 i 1961-67), wikarią i przełożoną – ksienią (1967-74).
Klauzura klasztorna, ściśle i dosłownie przez nią rozumiana, łącznie ze świadomym, choć bolesnym zerwaniem wszelkich stosunków z rodziną, była drogą jej duchowego „oczyszczenia”. Oddzielona od świata zewnętrznego, głębiej jeszcze i wyraziściej rozumiała potrzeby Kościoła, bliźniego i świata. Z kontaktów z nią korzystały duchowo inne siostry, którym pragnęła zawsze służyć z macierzyńskim oddaniem i pomocą. Skromna, radosna, lubiła i umiała cieszyć się radością innych i smucić z cierpiącymi. Dobroczynny wpływ jej „przepromienionej” dobrocią osobowości stanowi dziedzictwo, z którego po dziś dzień można czerpać pełnymi rękami.
Zamiłowania artystyczne siostra Emilia ujawniła zwłaszcza w dwóch dziedzinach. Znała się bardzo dobrze na hafcie – która to umiejętność zawsze wyróżniała krakowski konwent klariański – a przy tym sama projektowała wzory haftów liturgicznych. Dziedziną, dzięki której na trwałe wpisała się do klasztornych annałów – była jednak twórczość literacka. Urzeczona poezją Konopnickiej i Kasprowicza, pisała z potrzeby serca zarówno prozą jak i wierszem. Na użytek klasztornej Wspólnoty powstawały okolicznościowe kantaty, pieśni i wiersze, utwory sceniczne o głębokiej treści religijnej, często z dużą dozą humoru i pobłażliwej ironii. Część z nich przepadła bezpowrotnie, gdyż nie zawsze dbała o ich zachowanie czy przepisanie z rękopisu. Część na szczęście ocalała czy to w archiwum klasztornym, czy też dzięki wydaniu drukiem.
Na szczególną uwagę zasługują przede wszystkim wierszowane felietony pod wspólnym tytułem „Gawędy Ojca Kapistrana”, które były wydane w miesięczniku „Pochodnia Seraficka” w latach 1928-39, 1947-50. W tym samym czasopiśmie ukazywały się także jej artykuły i opowiadania o życiu tercjarskim, związane z tematyką pedagogiczną. U schyłku życia, schorowana i bezsilna – bo zdana na pomoc i opiekę współsióstr – poświęciła się twórczości dla dzieci i młodzieży. Do nich adresowała wiele opowiadań, które siostry [109] rozpowszechniały w maszynopisie, rękopisach. Niektóre utwory zostały zamieszczone w latach 70.tych i 80.tych w poznańskim tygodniku „Przewodnik Katolicki”. Jej pomysłu są także albumiki Pierwszokomunijne, do których własnoręcznie komponowała pełną szatę graficzną i tekstową, w postaci wierszy dostosowanych do mentalności i potrzeb dzieci. Dziś stanowią one podstawę drukowanych albumów tego typu.
Charakterystyka dokonań siostry Emilii byłaby niepełna, gdyby nie wspomnieć jej opatrznościowego wkładu w posoborowe przemiany w klasztorze. Obok zmiany stroju zakonnego na bardziej skromny, praktyczniejszy – poświęciła się z całą gorliwością pracom pisarskim przy tłumaczeniu na język polski hymnów brewiarzowych. Tłumaczenia te, piękne pod względem formy i wiernego oddania treści religijnych, mogą być równocześnie wzorcowymi pod względem muzycznym, względem wymogów chorału gregoriańskiego. Ze śmiercią w 1988 siostry Emilii Lucht zamknęła się bezpowrotnie miniona epoka w dziejach krakowskiego konwentu sióstr klarysek.

Zobacz także